Recenzja „Igrce z Villonem” – premiera „Króla Włóczęgów” (Kraków)

0sladami

METRYKA ARTYKUŁU

    • Tytuł artykułu: „Igrce z Villonem” (Rubryka: Po premierze)

    • Autor recenzji: Olgierd Jędrzejczyk

    • Tytuł prasowy: Brak dokładnych danych na wycinku (prawdopodobnie krakowska prasa codzienna)

    • Data wydania: Po 1974 r. (Dokładna data nieznana, recenzja odnosi się do spektakli z 2 i 9 czerwca)

    • Uwagi archiwalne: Obszerna recenzja krakowskiej premiery operetki „Król Włóczęgów” (muz. Rudolf Friml). W czwartej kolumnie tekstu autor chwali stronę muzyczną spektaklu, wymieniając dyrygenta Zbigniewa Toffel, który poprowadził orkiestrę podczas przedstawienia 9 czerwca.

    •  

TRANSKRYPCJA TEKSTU

Po premierze: Igrce z Villonem

Po sobotnim przedstawieniu „KRÓLA WŁÓCZĘGÓW” RUDOLFA FRIMLA, BRIANA HOOKERA i W. H. POSTA (wg powieści JUSTINA HUNTLEYA MC CARTHYEGO) w operetce krakowskiej przekonałem się, że moje wrażenia sprzed tygodnia (przeszło) nie były żadnym urojeniem. Nasza scena muzyczna ma swoje ambicje, ale też musi zwracać baczniejszą uwagę na możliwości. „Król włóczęgów” jest komedią muzyczną o dość oryginalnym sposobie prowadzenia akcji: nie dzieje się tam wszystko przez muzykę, główny wątek dramatyczny wymaga rozwinięcia działań aktorskich. Muzyka „sama w sobie” niesie w operetkach, musicalach, operach odrębnie realizującą się przez śpiewaków i orkiestrę linię dramatyczną. Jeśli napisał kompozytor „crescendo” to samo „stopniowe wzmacnianie natężenia dźwięków” rozwija wrażenie uniesienia, radości, smutku, dramatu. W naszym przypadku nie wystarczy nawet najstaranniejsze traktowanie muzyki. Tragedia (tak — tragedia!) Villona, jego patriotyzm, przywiązanie do króla, jego włóczęgostwo nie są ani w oryginale powieściowym, ani w przeróbce librettowej jakąś krotochwilą, farsą. Dlatego też przywołanie za „Dziejami operetki” (B. Grun, PWM, 1974) przykładu spektaklu krakowskiego z roku 1946 (rola Villona w wykonaniu Dobiesława Damięckiego) musi skierować naszą uwagę ku istotnym wartościom „Króla włóczęgów”. Bardzo szanuję zapał twórczy krakowskich scen muzycznych i ostatnia premiera też okazała ogromne zaangażowanie całego zespołu. Jednakże wieczory 2 czerwca i 9 czerwca br. wyraźnie określiły nie tylko zalety, ale też i wady pomysłów inscenizacyjnych, roboty scenicznej poszczególnych aktorów. Jeśli mamy już wracać do roku 1946, to należy przypomnieć, jak — bagatela! — prowadzili intrygę sceniczną (walka w obronie Paryża przed Burgundczykami, łotrostwa Tabarina, poetyckie, nie tylko muzyczne, wyznania miłosne poety — złodziejaszka, zwady karczemne, przebieranka króla Ludwika XI, wręcz polityczne felietony władcy i poddanych) Igor Śmiałowski, Tadeusz Łomnicki i wspomniany Dobiesław Damięcki! To była robota aktorska, mniej śpiewacza, chociaż muzyki wówczas nie zaniedbywano. W ostatniej propozycji naszej operetki cała część pracy muzycznej budzi akceptację. Natomiast tam, gdzie śpiewacy mówią — dzieją się dziwne rzeczy. Zaczynają krzyczeć, właściwie wywrzaskują chwilami swe kwestie, akcja natychmiast traci na wartości. Obciążam reżysera WŁODZIMIERZA GAWROŃSKIEGO. Nic nie pomogą tu całe „tańczone” fragmenty spektaklu, nie można tragedii i wesołości Villona i towarzyszy pokazywać z zacięciem farsowym, „kawałki” w rodzaju sceny z sakiewką Tabarina rozgrywać na zasadzie karykatury, bo charakter tego wesołka jest skomplikowany w świecie przedstawionym przez autorów libretta. Przepraszam, że odwołuję się do warstwy literackiej „Króla włóczęgów”, ale ta warstwa decyduje o wielu odczuciach widza — słuchacza.

Na plan pierwszy wysunął się w przedstawieniu krakowskim ANDRZEJ BIEGUN w roli Villona. Doskonale dysponowany głosowo, łączył w sobie zalety śpiewaka i aktora. W niczym nie przesadził. Wyznanie miłosne zagrał bezbłędnie, zaś arię-pieśń włóczęgów słynną „Jak dzwon — rozlegnie się śpiew…” śpiewał z całą siłą talentu już właściwie ukształtowanego. W roli Ludwika XI wystąpił na premierze pierwszej ANDRZEJ SKWARCZYŃSKI (dublował go spokojnie JAN LACHOWSKI — również asystent reżysera). Skwarczyński właśnie konsekwentnie, z wykorzystaniem swych warunków aktorskich zarysował postać króla, który szuka akceptacji dla swych pociągnięć politycznych i… miłosnych. Zadziwiające, jak właśnie ten temperamentny aktor zmienił się podczas drugiej premiery w roli Thibauta — w postać farsową! Zadziwiające! Przecież Thibaut to groźny, polityczny opryszek i rechotanie w scenie zwady z Villonem w gospodzie nie podkreśla odrębności postaci. Jeszcze raz zwracam uwagę na dobrą pracę muzyczną — MARIAN LIDA (2. VI) i ZBIGNIEW TOFFEL (9. VI) z precyzją prowadzili orkiestrę, ani na chwilę nie tracąc panowania nad sytuacją. Dwie aktorki-śpiewaczki BRYGIDA ZABOROWSKA i EWA STENGL w roli Huguette du Hamel miały zadanie bardzo trudne: w przebraniu męskim musiały roztoczyć przed widownią… wąskie horyzonty ladacznicy. W śpiewie były znakomite, tak jak ich partnerzy. Nie chcę się czepiać szczegółów, ale scena pod murami obronnymi Paryża tonęła w chwytach raczej zręcznościowych i doprawdy trzeba zrozumieć, że komedia muzyczna musi być wesoła, ale nie wrzaskliwa, że mówi również o sprawach wykraczających poza granice kwestii „Pan hrabia życzy sobie rozmawiać z panienką…”.

Rolę tytułową dnia 9 czerwca śpiewał JAN WILGA. Mniej wyrazisty w rysunku postaci od Bieguna utrzymał rzecz w tonach pastelowych. Katarzyna de Vaucelles w wykonaniu KRYSTYNY BEHOUNEK zbliżała się do naszych wyobrażeń o dwórce, która zapałała miłością do Villona.

Sceny zbiorowe miały w sobie wspomnianą wartość muzyczną. Nawet rozwiązanie intrygi (jedno z kilku, bo przecież Villon wg różnych propozycji librettowych może ożenić się z inną damą dworu) jest tu patetyczne. Kompozytor Friml wprowadzając do „Króla włóczęgów” (rok premiery 1925 — Nowy Jork) doświadczenia swych pobratymców austriackich nadał wielu fragmentom charakter tradycyjny. Ale nie we wszystkim. Dlatego właśnie można by uznać, że przedstawienie krakowskie stało niejako na rozdrożu między wartkim musicalem i banałem. Ten ostatni można by przytłumić przez hamowanie temperamentów farsowych, co już powiedzieliśmy. W roli Tabarina wystąpił FRANCISZEK MAKUCH. Innych już nie wymieniam, bo określiłem moje zastrzeżenia dość wyraźnie.

Chóry w „Królu włóczęgów” (realizacja krakowska opierała się na przekładzie i adaptacji ALEKSANDRA BAUMGARDTENA) wprowadzały nas w dobry nastrój wysokich ocen zarówno dyrygenta, jak i śpiewaków. Scenografia KAZIMIERZA WIŚNIAKA łączyła zalety funkcjonalności (skomplikowane zawiłości dramatyczne, wejścia, wyjścia, ukrywanie się itd.) z piękną linią pomostu, wiszącego raz nad karczmą, raz nad ogrodami królewskimi, raz nad placem egzekucji. Kostiumy ANNY RACHEL stylowe; może tylko w ubiorach łuczników angielskich za wąskie były „okapy” hełmów. Choreografia ZOFII RUDNICKIEJ i JÓZEFA PARUŹNIKA nie odbiegały od schematów operetkowych, ale to już jest inne zagadnienie.

Tak więc Paryż wieku XV, z Villonem i Ludwikiem XI, z karczmą stołeczną i biedakami kochającymi władcę ma różne barwy w przedstawieniu „Króla włóczęgów”.

OLGIERD JĘDRZEJCZYK PS. Prosimy o staranniejszą redakcję programu, ponieważ naliczyliśmy w nim 15 błędów rzeczowych!

Skan

Powyższy materiał stanowi cyfrowe odwzorowanie (skan/transkrypcję) oryginalnego wycinka prasowego, zachowanego w prywatnych zbiorach. Artykuł udostępniamy niekomercyjnie – wyłącznie w celach dokumentacyjnych, edukacyjnych oraz dla zachowania dziedzictwa historycznego krakowskiej sceny muzycznej. Wszelkie prawa autorskie do prezentowanych treści należą do ich twórców oraz pierwotnych wydawców.

– Śladami Muzyki