METRYKA DOKUMENTU
Tytuł dokumentu: Artykuł prasowy „STARZYZNA w operetce”.
Źródło: „Gazeta Krakowska” (na podstawie odręcznej adnotacji na prawym marginesie wycinka).
Data wydania: 20, 21 kwietnia 1976 r. (zgodnie z odręcznym zapisem: „20, 21 . IV . 1976 r”).
Autor tekstu: Leszek Polony.
Kluczowe dane: Wycinek prasowy to krytyczna recenzja krakowskiej inscenizacji operetki „Hrabia Luxemburg” Franciszka Lehára, wystawionej przez Krakowski Teatr Muzyczny na Scenie Operetkowej. Autor poddaje surowej ocenie przestarzałą formę, reżyserię oraz banalne układy choreograficzne, równocześnie doceniając walory muzyczne, staranną emisję i liryczną melodyjność solistów (wymienia m.in. Edwarda Adlera, Iwonę Borowicką czy Ewę Stengl). W zaprezentowanym tekście oraz w stopce twórców ani razu nie pojawia się Zbigniew Toffel, mimo to dokument stanowi istotną część chronologicznego zapisu historii teatru z tego okresu.
TRANSKRYPCJA (Pełny tekst recenzji)
GAZETA KRAKOWSKA 20, 21 . IV . 1976 rLESZEK POLONYSTARZYZNA w operetce
Stwierdziłem kiedyś, że w obliczu mizernego stanu rodzimej twórczości musicalowej, nasze sceny operetkowe powinny raczej sięgać do klasycznych pozycji muzycznego teatru „podkasanej muzy”.Wypada mi dzisiaj zmodyfikować tę opinię. Polskie sceny operetkowe zabrnęły w paradoksalną sytuację. Wieje z nich starzyzną, nie tylko repertuarową, ale i inscenizacyjną. Wiedeńska operetka jest ponoć nieśmiertelna, wskazuje na to przynajmniej jej niesłabnąca popularność wśród publiczności. Czy jednak ta publiczność przychodzi do operetki na tandetną aktorsko i reżysersko spektakl, czy raczej na koncert walców, kankanów i melodyjnych arii i duetów? Myślę, że przychodzi raczej dla muzyki.Również musicalowym prapremierom teatrów operetkowych daleko do rangi artystycznych wydarzeń. Czyżby kryzys gatunku? Nie sądzę. Warto zwrócić uwagę na przedziwny fenomen naszego życia kulturalnego. Najciekawsze musicale polskich twórców, jakie powstają w ostatnich latach, są wystawiane — jeśli nie myli mnie pamięć — nie przez sceny operetkowe, lecz teatry dramatyczne. Przypomnijmy śpiewo-grę Ernesta Brylla i Katarzyny Gaertner „Na szkle malowane”, musicale Małeckiego, wreszcie odkrytą niedawno i wystawioną przez Teatr „Ateneum” w Warszawie „Pannę Tutti Putti” Witkacego, do której świetną muzykę napisał Stanisław Radwan. Bieda w tym, że aktorzy rzadko umieją śpiewać. Realizacja muzyczna (nie sama muzyka) jest najczęściej słabą stroną musicalowych premier w teatrach dramatycznych. Podobnie, jak aktorstwo czy reżyseria są słabą stroną scen operetkowych.ZAPEWNE, nieosiągalne to marzenie, by na przykład krakowska Operetka wystawiła „Pannę Tutti Putti”, choć muzykę do tego arcyciekawego libretta operetkowego napisał krakowianin. Póki co, możemy obejrzeć w skromnym teatrzyku muzycznym przy ul. Lubicz „Hrabiego Luxemburga” Lehara.Mieli chyba rację wiedeńscy krytycy wyrażając się dość sceptycznie o nowej operetce Lehara, po jej prapremierze w 1909 roku. Nie oczarowała ich nawet
muzyka, przyznajmy, niezbyt bogata w inwencji. A jednak właśnie muzyka — bo przecież nie libretto, rozlazłe i wątłe dramaturgicznie — przysporzyła „Hrabiemu Luxemburgowi” popularności równej „Wesołej wdówce”. Zaiste, nieśmiertelny jest czar walca.Muzyka jest taż jedynym atutem krakowskiego przedstawienia „Hrabiego Luxemburga” Lehara. Dobrą formę wokalną zaprezentowali soliści: Edward Adler w roli Hrabiego René, Iwona Borowicka jako Angele Didier, Kazimierz Różewicz w partii Armanda Brissarda. Częste na tej scenie, krzykliwe popisy wokalne ustąpiły w tym spektaklu miejsca starannej emisji, lirycznej melodyjności. Jedyną przekonywającą aktorsko postać stworzyła Ewa Stengl jako Julia Vermont. Jej rola była pełna naturalnego, dziewczęcego wdzięku. Zofia Wełnińska jako Hrabina Berta Fimpelliess miała może tym razem mniej okazji do zabłyśnięcia swoim spontanicznym humorem — rola podstarzałej Hrabiny jest bowiem potraktowana bardzo epizodycznie, nieledwie zarysowana. Zaskakująco stereotypowy w warsztacie aktorskim i w sumie mało komiczny wydał mi się natomiast Zbigniew Kaniowski w roli Księcia Rudiego Engerlinga.NIE UDAŁO SIĘ realizatorom spektaklu ożywić nudnego libretta ruchem scenicznym. Utanecznienie poszczególnych scen muzycznych jest bardzo banalne, niezgrabne, stereotypowe — podrygiwania, wymachiwanie nogami, kroki i kroczki, które kazano wykonywać aktorom, nie śmieszą lecz rażą, zwłaszcza w kontraście z elegancją walca. Rozwiązania scen zbiorowych powtarzają znane już z tej sceny chwyty, bardzo statyczne w swym wyrazie. Przestrzeni na scenie jest rzeczywiście mało — czy jednak nie da się wprowadzić do niej więcej ruchu?Czy operetce Lehara nie można nadać zgrabniejszego, bardziej oryginalnego i współczesnego kształtu inscenizacyjnego?Krakowski Teatr Muzyczny. Scena Operetkowa. „Hrabia Luxemburg” Franciszka Lehara, libretto A. M. Wiliner i R. Bodansky. Kierownictwo muzyczne — Marian Lida, reżyseria — Kazimierz Rogowski, scenografia — Zuzanna Piątkowska, choreografia — Józef Patużnik.
Powyższy materiał stanowi cyfrowe odwzorowanie (skan/transkrypcję) oryginalnego wycinka prasowego, zachowanego w prywatnych zbiorach. Artykuł udostępniamy niekomercyjnie – wyłącznie w celach dokumentacyjnych, edukacyjnych oraz dla zachowania dziedzictwa historycznego krakowskiej sceny muzycznej. Wszelkie prawa autorskie do prezentowanych treści należą do ich twórców oraz pierwotnych wydawców.
– Śladami Muzyki

