METRYKA ARTYKUŁU
Tytuł artykułu: „Wesoła wdówka” (Rubryka: Z operetki)
Autor recenzji: Jerzy Parzyński
Tytuł prasowy: ECHO (na podstawie odręcznego dopisku)
Data wydania: 4 kwietnia 1985 r. (odręczny dopisek: 4.IV.85, data premiery prasowej w stopce: 30 III 85)
Uwagi archiwalne: Wycinek z recenzją prasową premiery „Wesołej wdówki” Franza Lehára w krakowskiej Operetce. Na dokumencie widnieje odręczna adnotacja czerwonym pisakiem wskazująca tytuł gazety oraz datę. W tekście, przy pomocy zielonego markera, zakreślono podsumowujący fragment chwalący m.in. orkiestrę i chóry, a także stopkę informacyjną potwierdzającą, że kierownictwo muzyczne objął i premierowym spektaklem dyrygował Zbigniew Toffel.
TRANSKRYPCJA TEKSTU
Z operetki „Wesoła wdówka”
Nieładnie jest wypominać damom ich wiek, ale ta dama jest postacią historyczną: zwie się „Wesoła wdówka”, zdradzamy więc, iż narodziła się przed osiemdziesięciu laty. W świetle reflektorów teatru operetkowego w Wiedniu. I od tego czasu rozpoczął się triumfalny marsz tej „Wdówki” przez sceny lekkiej muzy całego chyba świata, marsz przysparzający autorowi, Franciszkowi Leharowi sławy i… pieniędzy, a melomanom dający okazje do śpiewania, nucenia i gwizdania najpopularniejszych melodyjek, wpisanych w muzykę tej operetki. No, bo któż nie zna owych strof o „Maximie”, do którego się mknie wieczorem, o rusałce Wilii, kupletów o kobietkach, które poznać tak trudno — lub co czynić, gdy „Usta milczą”, a „dusza śpiewa…”?
Nasza krakowska Operetka po kilkunastu latach znów pokusiła się o wprowadzenie „Wesołej wdówki” do swego repertuaru. Uwiedzeni przez tę wciąż kuszącą — mimo owej osiemdziesiątki — płochą damę z naddunajskiego światka miłośnicy muzyki tłumnie pośpieszyli na premierowy spektakl. Wśród nich — znalazłem się również i ja…
Jednak w czasie oglądania — i słuchania — tego nowego wcielenia „Wdówki” w naszej Operetce chwile zachwytów i miłych wrażeń przeplatały się dość gęsto z napływami fal rozczarowań, a nawet — znudzenia. Zacznijmy od muzyki. W muzycznej realizacji nowej premiery, przepływie jej rytmów i melodii brak mi było wyraźnie owego charakterystycznego operetkowego nerwu, wdzięku, temperamentu, lekkości; brzmienia były zbyt często nijakie, bezbarwne, ot, takie „odczytywanie nut z pięciolinii”, jak dawniej mawiano. Tak więc muzyka rozbrzmiewająca z orkiestrowego kanału nie podrywała sceny do życia, a słuchaczy — do spontanicznych oklasków.
Poza tym — o co mam pewien żal do realizatorów — poobcinano niektóre tak charakterystyczne dla „Wdówki” muzyczne fragmenty. A za to z całą łaskawością potraktowano nie kończące się monologi i dialogi; mnóstwo przegadanych, a dla artystycznego toku i sensu akcji wręcz zbytecznych scen powodowało właśnie owe nudzące dłużyzny.
Reżyseria, kierowana ręką tak doświadczonego i zasłużonego dla naszej Operetki artysty, jak Kazimierz Rogowski poszła po linii tradycyjnej, nowości pomysłów wyraźnie tu unikano. Nie udało się, niestety, reżyserii zwalczyć owego nudnego gadulstwa na scenie. Najbardziej efektownie wypadły obrazy zbiorowe: tu zresztą walnie wspomagała reżysera świetna doprawdy scenografia, doskonale rozwiązująca wnętrza i otoczenia sceny, interesująca w doborze barw (światła, piękne kostiumy); wcale się więc nie dziwię oklaskom w pierwszych sekundach po odsłonięciu kurtyny…
Drugim sprzymierzeńcem reżyserii stała się choreografia: układy taneczne pełne ruchu, werwy i kolorystyki, wykonywane przez tancerzy młodych i uzdolnionych. Tradycyjne walce cechowała elegancja i subtelny wykwint, a ognisty kankan „zapożyczony” z operetki paryskiej Offenbacha aż prosił się o bardziej efektowne wyprowadzenie na front.
Wspomniałem już o skłonności nowej premiery do ulegania nużącym dłużyznom w toku akcji (wciąż o tym przypominam, bowiem główną cnotą dobrego operetkowego przedstawienia jest wartkość tempa). Tu jedynym antidotum okazywała się gra aktorska utalentowanych solistów, na czoło których wysuwali się przede wszystkim w rolach charakterystycznych i komicznych: Andrzej Galos (baron Zeta), kapitalny w każdym słowie i geście, Ewa Stengl (Walentyna), bardzo ładnie prowadząca głos w śpiewie i oczarowująca widzów wdziękami gryzetki, „pełnokrwiści” aktorsko: Jan Lachowski (St. Brioche), Stanisław Ziółkowski (Cascada), Stefania Zachariasz (Praskowia), Włodzimierz Kotarba (którego powrót na naszą scenę witamy z radością!). Wszystkim tym artystom na wielki plus zapisać należy wyrazistą dykcję, czego, niestety nie o wszystkich solistach naszej Operetki można powiedzieć.
Wreszcie — para amantów… Anna Plewniak, w partii tytułowej — i Jan Wilga, jako hr. Daniło. U Anny Plewniak cenię przede wszystkim walory śpiewacze, głos metaliczny i nośny, o szerokich możliwościach, którym młoda ta artystka włada już z dużą łatwością. Ale nie w operetce jednak, lecz w operze widzę przyszłość Anny Plewniak; primadonna operetki musi bowiem być postacią centralną, „zabudowywać” scenę swą osobowością, werwą, żywiołowością, wszechstronnym opanowaniem sztuki śpiewu, mowy, tańca, ruchu — wreszcie i aparycją. Tu — niestety, tego nie było. Poza tym — trzeba bardzo pracować nad wyrazistością dykcji i w śpiewie i w mowie. Jan Wilga, aktorsko i wokalnie budził zasłużony aplauz widowni; jest to na pewno jedna z bardziej udanych ról tego utalentowanego artysty.
Występujący w roli drugiego amanta Jan Zakrzewski przedstawił się nam, jako śpiewak o wartościowym materiale głosowym, miłym w barwie, acz nieco niepotrzebnie „wspomaganym” nadmierną jaskrawością i krzykliwością w górnym rejestrze.
Premierowy spektakl robił — ogólnie biorąc — wrażenie solidnie przygotowanego: w orkiestrze, chórach, partiach solowych, w prowadzeniu scenicznej akcji, układach tanecznych. To na pewno duży komplement. Ale bardziej byłbym pewny przyszłych uwodzicielskich sukcesów „Wesołej wdówki” w szerokich gronach krakowskich miłośników lekkiej muzy, gdyby poczyniono nieco skrótów w tym przedstawieniu, zwłaszcza w dłużących się chwilach przegadanego bezruchu. Widz w operetce bowiem nie śmie się nudzić ani przez chwilę. A nasza Operetka ma przecież tak cenne tradycje świetnych — pod każdym względem premier. JERZY PARZYŃSKI
(Ramka informacyjna na końcu artykułu): Opera i Operetka w Krakowie — scena operetkowa „Wesoła wdówka”. Muzyka — Franz Lehar, libretto wg komedii H. Meilhaca — V. Leon i L. Stein, przekład polski — J. Jurandot i J. Słotwiński. Kierownictwo muzyczne i dyrygowanie premierowym spektaklem — Zbigniew Toffel, reżyseria — Kazimierz Rogowski. Scenografia — Marek Grabowski, kostiumy — Aleksandra Sell-Walter, choreografia — Marta Mirocka. — Premiera prasowa — 30 III 85.
Powyższy materiał stanowi cyfrowe odwzorowanie (skan/transkrypcję) oryginalnego wycinka prasowego, zachowanego w prywatnych zbiorach. Artykuł udostępniamy niekomercyjnie – wyłącznie w celach dokumentacyjnych, edukacyjnych oraz dla zachowania dziedzictwa historycznego krakowskiej sceny muzycznej. Wszelkie prawa autorskie do prezentowanych treści należą do ich twórców oraz pierwotnych wydawców.
– Śladami Muzyki

