METRYKA DOKUMENTU
Tytuł dokumentu: Artykuł prasowy „Ptasznik z Tyrolu”.
Źródło: „Gazeta Południowa” (na podstawie odręcznej adnotacji widocznej na wycinku).
Data wydania: 1-2 listopada 1980 r.
Autor tekstu: Leszek Polony.
Kluczowe dane: Archiwalny wycinek prasowy zawierający pełną recenzję nowej premiery krakowskiej Operetki, tj. spektaklu „Ptasznik z Tyrolu” autorstwa Karola Zellera. Autor artykułu szczegółowo analizuje obsadę aktorską (m.in. kreacje Jana Wilgi, Andrzeja Skwarczyńskiego, Antoniny Malarz-Łacny), układ choreograficzny oraz scenografię. W tekście znajdują się dwa bezpośrednie odniesienia do pracy dyrygenta – recenzent z uznaniem ocenia kierownictwo muzyczne nad przedstawieniem, za które odpowiadał Zbigniew Toffel, oraz chwali orkiestrę grającą pod jego dyrekcją za czystość i staranność wykonania.
TRANSKRYPCJA (Pełny tekst recenzji)
Ptasznik z Tyrolu
Po wielu eksperymentach, przyznajmy nie zawsze szczęśliwych, profil artystyczny i repertuarowy krakowskiej Operetki jakby się ustabilizował. Profil ów można by nazwać tradycyjnym i tradycjonalnym; powrócono mianowicie do klasycznych dzieł muzyki operetkowej. Przyznam szczerze, iż sam optowałem za taką drogą, choć zdawałem sobie i zdaję nadal sprawę, iż dla bezkompromisowych rzeczników kultury żywej, współczesnej, reagującej na zjawiska i problemy życia codziennego, taka wizja teatru muzycznego jest anachronizmem. No cóż: rodzima twórczość musicalowa, ta adresowana właśnie do zespołów operetkowych, jest raczej żałosna. Z kolei to, co powstaje ciekawego w polskim musicalu, wymaga realizacji scenicznej i kwalifikacji aktorskich, jakich teatry operetkowe nie są w stanie zapewnić. Oponentom odpowiadam więc: zawsze lepiej wybierać mniejsze zło.W głębi ducha zaś uważam, iż owo zło nie jest wcale takie złe. Klasyczna muzyka operetkowa — właśnie m u z y k a — zachowała do naszych czasów cały swój wdzięk, swoją estetyczną żywotność. Co więcej, z perspektywy czasu nabiera jakby wyższej wartości: to są nie tylko wiązanki miłych, melodyjnych szlagierów, prostych i banalnych, to jest po prostu świetna, skomponowana często z niezwykłym smakiem i wyrafinowaniem muzyka rozrywkowa. Och! Żeby tak w naszych czasach znalazł się jaki talent na miarę Straussa, czy choćby owego ministerialnego urzędniczyny Zellera, który przeszedł do historii właściwie tylko dzięki jednemu swemu dziełu „Ptasznikowi z Tyrolu”. Niestety, dzisiaj nam jeno z radia ciągle coś „mecy i mecy”. Cóż za upadek!Co stwierdziwszy, chciałbym gorąco, serdecznie a szczerze podziękować zespołowi krakowskiej Operetki za nową premierę, którą jest właśnie wspomniany „Ptasznik z Tyrolu”. Nie mogłem być niestety obecny na trzech z rzędu premierach prasowych, w których zaprezentowały się trzy równorzędne obsady solistyczne spektaklu. Zaabsorbowała mnie „Warszawska Jesień”. Nawiasem mówiąc, sam fakt skompletowania owych trzech obsad świadczy o tym, że krakowska Operetka wychodzi ze stanu kryzysu kadrowego i że zespół się odmładza. Oby ów nieunikniony proces odbywał się bez niepotrzebnych zadrażnień i animozji.Zdołałem ostatecznie wybrać się na nowy spektakl w czwartek 16 października. Opuściłem siedzibę Operetki mile zaskoczony starannością w realizacji muzycznej i wokalnej strony przedstawienia. Z uznaniem trzeba więc wyrazić się o kierownictwie muzycznym Zbigniew Toffel, także o przy-
gotowaniu solistów — pomimo mniejszych czy większych usterek i trudności wokalnych. Scenografia Janusza Warpechowskiego, choć raczej skromna, wydaje się trafna w swoim wyrazie scenicznym i klimacie stylistycznym. Reżyseria Michała Ślaskiego — choć czasem sprawia wrażenie zbyt spokojnej i statycznej w rozwiązaniu scen zbiorowych — zdaje w sumie egzamin w sferze ustawienia samych postaci, ich aktorskiej interpretacji. Najlepszą od strony aktorskiej jest bezsprzecznie pełna humoru rola Andrzeja Skwarczyńskiego jako Barona Wepsa; wybornym dowcipem słownym, sytuacyjnym, aktorskim i także muzycznym tryska też scena z profesorami Robaczkiem i Pijaczkiem w realizacji Włodzimierza Kotarby i Andrzeja Pągowskiego. Duża w tym zasługa polskiej wersji libretta autorstwa Józefa Słotwińskiego.Tytułową partię Adama grał w omawianym spektaklu Jan Wilga, młody, niezmiernie utalentowany śpiewak krakowskiej Operetki, którego niedawno, w lipcu tego roku, miałem okazję słyszeć w całym recitalu arii operetkowych w Wiedniu. Muszę zresztą stwierdzić iż tam, „nad pięknym modrym Dunajem”, panu Janowi śpiewało się nieco swobodniej. Oto co czyni bliskość źródeł, z których wypłynęła muzyka wiedeńskich mistrzów operetki! W każdym razie trzeba stwierdzić, iż talent pana Wilgi, obdarzonego niezwykle pięknym głosem tenorowym, ciągle się rozwija, iż nabywa on coraz większych umiejętności wokalnych, coraz piękniej operuje swym głosem dla uzyskania subtelnych zróżnicowań barwy czy najbardziej delikatnego piano. Śmielej też śpiewa w obrębie górnego rejestru — choć czasem słyszalna jest jeszcze w jego głosie pewna obawa przed najwyższymi dźwiękami skali.W ogóle zaś odczułem w śpiewie młodych szczególnie solistów pewną ostrożność, jakby tremę przed jakimś złośliwym zoilem, który być może znajdował się tego dnia wśród publiczności (ta zaś reagowała w tym dniu dziwnie niemrawo..).Wspomnę więc jeszcze o trzech rolach zasługujących na uwagę. Po pierwsze — o partii Krysi w realizacji Antoniny Malarz-Łacny. Połączyła ona wdzięk dziewczęcej naiwności z ładnym śpiewem; potrzebna jest tu jednak nadal praca nad swobodną emisją w górnym rejestrze. Podobną, życzliwą uwagę skierowałbym pod adresem starannie opracowanej partii Księżny w realizacji Grażyny Mutych. Wartościowy, choć trochę przygaszony w barwie głos tenorowy zaprezentował w partii Hrabiego Stanisława Franciszek Makuch.W opracowaniu choreograficznym Józefa Parużnika wyróżnia się dworski „biały walc” — szczególnie zresztą dzięki pełnym elegancji strojom — oraz pełen radości i życia sztajerek.Orkiestra pod dyrekcją Zbigniew Toffel grała w tym dniu bardzo czysto i starannie, chór przygotowany przez Rafała Delektę urzekał melodyjnością śpiewu. Wyszedłem więc w tym dniu z gmachu Operetki przy ul. Lubicz prawdziwie usatysfakcjonowany, rozśpiewany, prawie urzeczony… muzyką Zellera.
[Dopisek odręczny:] GAZ. POŁUDN. 1.2.XI.1980 r. Leszek Polony
Powyższy materiał stanowi cyfrowe odwzorowanie (skan/transkrypcję) oryginalnego wycinka prasowego, zachowanego w prywatnych zbiorach. Artykuł udostępniamy niekomercyjnie – wyłącznie w celach dokumentacyjnych, edukacyjnych oraz dla zachowania dziedzictwa historycznego krakowskiej sceny muzycznej. Wszelkie prawa autorskie do prezentowanych treści należą do ich twórców oraz pierwotnych wydawców.
– Śladami Muzyki

